Wywiad

Lalki nie tylko dla dzieci

Wywiad z reżyserem spektaklu „Święci osiedlowi” – Kamilem Katolikiem

Anna Duda, Reflektor, maj 2016

Nie jest to wbrew dwuznacznemu tytułowi tekst o fetyszach i zabawkach dla dorosłych. Chociaż w pewnym sensie tak, tylko że są to fetysze teatralne i zabawki, po które chodzę prywatnie do teatru. Zdarzyło mi się recenzować i wypowiadać o wielu spektaklach, ale mam też prywatną listę takich przedstawień, które z jakiś przyczyn wciąż czekają na miejsce i czas, by o nich opowiedzieć. Poświęcić trochę więcej uwagi lub choćby zaznaczyć, że – w przeciwieństwie do licznych, którym przypadło ponad 5000 znaków ze spacjami, a mimo to po niedługim czasie nie chce się do nich wracać– zapadły w pamięć. Czasem czekają na okazję, a ta nie zawsze się pojawia lub nie zadowala obszernością kontekstu, jaki można by przytoczyć w tekście. Mówię to zarazem świadoma, że to przywiązanie do konieczności wytłumaczenia się z pełnej wiedzy na temat znajomości twórcy, wszystkich jego spektakli, konwencji w której tworzy, źródeł i historii, najlepiej całego teatru i wszechświata przy okazji – jest zwyczajnie zgubne dla teatrologa i niekoniecznie atrakcyjne dla czytelnika, który tym sposobem zyskuje ekstra 15 stron obszernego wstępu. My fault. Dziś esencja. 

Nie wiem, czym jest teatr lalkowy w Polsce (odpada w ten sposób gdzieś z 6 obszernych akapitów o historii teatru lakowego w Polsce). To znaczy wiem tyle, ile zdołałam wyczytać, młodym teatrologiem będąc, zachwycając się oczywiście słynnym The Bread and Puppet Theatre. Potem już  było coraz bardziej gęsto…Teatry form różnokształtnych i odmienianych przez nazwy, gatunki, nurty… Manekiny, makiety, obiekty…Mądziki, Schlemmery, Fabry…Cała masa tworów scenicznych, którym do lalek daleko (przynajmniej w najprostszym sensie „anatomicznym”), a choćby niewielkiej podpowiedzi, jak to wszystko sklasyfikować – nie ma. Problem pt. „Przedmiot w teatrze” to przepastny obszar badań, więc jak pojawiały się lalki to i marionetom się dostało, itd. W każdym razie, z tego – nazwijmy to – etapu edukacji, pozostała mi w zasadzie jedna kluczowa myśl: Lalki nie są wyłącznie dla dzieci. 

Pech chciał, że na naszym rodzimym śląskim podwórku, teatr tego typu jakoś tak przylgnął do teatrów dziecięcych. Instytucji przecież szacownych i potrzebnych, działających całkiem prężnie i witających przeważnie jako pierwsze (przynajmniej statystycznie) całe rzesze młodych widzów. Może to przez te repertuary, gdzie raz na parę sezonów pojawia się oferta określana przeważnie jako „spektakl dla dzieci ORAZ dorosłych” (co ma poradzić dorosły, nawet przed 30-stką, jeśli „ORAZ dzieci” jeszcze go nie dotyczy). A może przez te hole, gdzie widnieją częściej prace plastyczne dla uczniów szkół podstawowych, nagrodzone w konkursie „Twoja ulubiona postać z baśni”. A może ja po prostu nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca w tych przestrzeniach, za bardzo szydzę, za słaby research, nie ta spostrzegawczość. Nie wiem (tu też oszczędzimy miejsca na dalszych rozważaniach z zakresu socjologii teatru).

W każdym razie od tamtego czasu rozpoczęło się kolekcjonowanie „niezidentyfikowanych obiektów scenicznych” i „bezpańskich, przesyconych obecnością przedmiotu, konwencji teatralnych”, które wspomnianą listę nieopisanych spektakli wypełniają na poziomie 80%. Całe szczęście, dwie pozycje z tej listy udało się już ubrać w słowa na łamach Refektora. „Teatr zaklęty w lalce” (30.01.2014 r.), czyli „Twin Houses” Compagnie Mossoux-Bonté w magicznych transformacjach Nicole Mossoux (dalej uważam, że to „kobieta o pięciu twarzach”, a tylko jednej ludzkiej). Drugi tekst to „Kuchenne rewolucje” (7.01.2014 r.), czyli SUTARI w składzie: Zofia Barańska, Katarzyna Kapela, Barbara Songin w urzekających dźwiękami kuchennego i łazienkowego wyposażenia (i tak, miska z wodą to nadal mój ulubiony instrument). Reszta niestety czeka. KLICA Production i „Soup City. Sprawa Charliego Brokuła” – teraz myślę, że to nie przypadek, że wygrali konkurs w ramach projektu Teatr Dzielnicowy (2015 r.). Są jeszcze inne spektakle, ale skoro nadarza się okazja… Uczynię z tych kilku stron Dzień Dziecka dla samej siebie. Opiszę ten, który od pierwszego wejrzenia wskoczył na pierwsze miejsce i na razie nie chce zejść. I to jemu należy się pierwsze miejsce, bez względu na to, czy dyskurs analityczny popłynie, czy też nie.
Teatr Śląski, projekt Lato w Malarnii, lipec 2014 r. 
Stowarzyszenie Zielone Słońce, przy kooperacji Teatru Dzieci Zagłębia im. J. Dormana w Będzinie (choć tak naprawdę inicjatywa własna i twórczy zamysł członków Stowarzyszenia, a najbardziej Kamila Katolika – głównego mózgu operacji i wykonawcy). Spektakl „Święci osiedlowi” na podstawie tekstu „Żywoty świętych osiedlowych” Lidii Amejko. 

Uff. Tyle z podstawowej stopki redakcyjnej. Teraz chwilę o tym, co się działo w mojej głowie. W foyer Sceny na Malarnii, przestrzeni – mówiąc delikatnie – dość niepoważnej scenicznie (kawiarenka, irytujące szarością i pogłosem kafelki pod stopami, pluszowe zasłonki po bokach wnętrza, plastikowe siedzenia), rozstawiono podest. Z tyłu namiastka teatralnej czerni – kawałek czarnego płótna. Na podeście stoi perkusja i perkusista. Na froncie ustawiony stary, wypruty z wnętrzności telewizor bądź radio, obrzucony niedbale lampkami, z wystającymi drutami i innymi dziwnymi obiektami. Gaśnie światło, zapalają się choinkowe lampki. Szmer perkusji. Wchodzi mistrz ceremonii. Brzmi ciut patetycznie, może odrobinę za bardzo, ale pamięć zapisała po swojemu. „Ceremonii”, bo trudno uwierzyć, że jedna osoba może zdziałać sobą tyle na scenie i do tego widzimy to wszystko jak na dłoni. Iluzja teatralna – Making of. Tytułowi „święci osiedlowi” to proste druciki sklejone na krzyż, puszki, kapsle i cała masa drobnych przedmiotów. I jeden człowiek stojący nad tym wszystkim, którego gra aktorska pomyślana została tak, że wierzymy „święcie”, że to małe osiedle naprawdę istnieje, a on na naszych oczach naprawdę ożywia te drobne kawałki metalu lub plastiku (tekst Lidii Amejko staje się ICH/jego? słowami, bez względu jak bardzo lubilibyśmy pierwowzór literacki). I nawet jak na chwilę patrzy nam, widzom, prosto w oczy i nie wiemy, czy to żart, czy prowokacja, nawet wtedy nie wypuszcza z rąk i mocy stwarzanych na żywo postaci.

Choć nie mam zielonego pojęcia, jak zdefiniować teatr lalkowy, mam dość konkretne, choć własne wyobrażenie lalkarza – to ta jedna osoba, która posiada moce władania przedmiotem martwym i czynienia go żywym, przytrzymania uwagi widza i okiełznania sceny. Ta jedna osoba, która nie jest tylko aktorem w roli – i sobą poza rolą, choć obecnym na scenie. Jest i tym i tym i jeszcze jednym, a czasem wieloma mniejszymi osobowościami scenicznymi, których użycza ożywianym obiektom. I to nie performer, nie aktor wielu kreacji, tylko lalkarz. Ładne słowo, któremu formant -arz nadaje odpowiedniej wagi, jak lek-arz. To w końcu odpowiedzialność za życie, nawet jeśli to teatralna fikcja. 

No i jeśli ktoś ma być odpowiedzialny za moje rozumienie słowa „lalkarz” to na tę chwilę jest to Kamil Katolik ze Stowarzyszenia Zielone Słońce. Chciałam, aby kilka słów wprost od niego ukazało się w niniejszym tekście. I choć nie będzie to pełna zwrotów akcji i napięcia narracja (głównie przez nietrafione pytania, wynikające choćby z tego prostego faktu – jak tu pytać o co, co samemu jest trudno zdefiniować), a raczej rzeczowa, chłodna, skupiona na rzemiośle wypowiedź – warto pokazywać, że mamy na Śląsku ludzi, których nazwać można lalkarzami z prawdziwego zdarzenia (a przynajmniej w zgodzie z podaną wyżej definicją, mam nadzieję że komuś przypadnie do gustu). Jeśli słów tych kilka zachęci do śledzenia i – mam nadzieję – zobaczenia jeszcze kiedyś „Świętych osiedlowych” – tym lepiej! 

Lubię: „Teatr, który uruchamia”, trening i rzemiosło lalkarskie
Nie lubię: „infantylizmów w teatrze”, dosłowności i określenia „zabawa w teatr”

Anna Duda: Pracujesz jednocześnie w teatrze typowo dziecięcym, a z drugiej strony tworzysz dla dorosłego widza. Czy różni się to jakoś pod względem pracy aktorskiej? I o co chodzi z teatrem lalkowym? 

Kamil Katolik: Teatr lalek to bardzo szeroki nurt i lalkarstwo samo w sobie ma problem w naszym kraju, bo jest postrzegane jako teatr dla dzieci, a nie ma nic bardziej mylnego. Cała Europa gra spektakle lalkowe dla dorosłych. Uzupełniając własne doświadczenia wyniesione z Teatru Dzieci Zagłębia, postanowiłem zrobić spektakl dla dorosłych właśnie w konwencji lalkowej. Chciałem wykorzystać swoje wykształcenie aby stworzyć coś z niczego. To stanowi dla mnie pewnego rodzaju profesję. Osobiście nie odczuwam wielkiej różnicy w graniu spektakli dla dzieci czy dorosłych.  W obu przypadkach trzeba być maksymalnie zaangażowanym. Owszem, inny jest dobór środków, często inna dynamika, czy ekspresja, inaczej staram się rozmawiać z czterolatkiem a inaczej z dwudziestolatkiem. Innymi środkami zaciekawię dziecko w wieku 6 lat innymi w wieku 12.   
Jednak skupienie, idąca za tym energia przekładająca się na kontakt z komunikatem powinna     móc zaistnieć w każdym spektaklu niezależnie od wieku odbiorców. I staram się, żeby tak było. Co do teatru lalkowego to podstawowym dla mnie wyznacznikiem jest dystans, czyli stosunek aktora do widza, i widza do aktora poprzez postać. A postaci w teatrze lalkowym mogą być jak wiadomo różnorakie. 

A.D.: Czy sam zajmujesz się lalkami? Jak wyglądała praca nad lalkami w „Świętych osiedlowych”?

Kamil Katolik:  Święci osiedlowi byli moją pierwszą pracą autorską gdzie nie musiałem iść na zbytnie ustępstwa, zarówno pod kontem aktorskim jak i scenograficznym. Co prawda od pewnego momentu w warstwie interpretacyjnej pomagał mi Karol Kojkoł, to jednak ostateczne decyzje i rozwiązania należały do mnie. To znowu pozwoliło mi określić stylistykę scenograficzną. I w przypadku „Świętych”, pewnego rodzaju „surowość” plastyczna się sprawdziła. Nieco inaczej, bo w trójkę podeszliśmy do tematu przy realizacji spektaklu „Pan Kuleczka”, gdzie koncepcja scenograficzna wykonana została przez ówczesny Kuleczkowy zespół, zaś same lalki powierzyliśmy zawodowym plastykom rzemieślnikom. Jeszcze inaczej sprawa się miała przy ostatniej naszej produkcji pt” Wunschpunsch albo eliksir” gdzie mieliśmy scenografa w osobie Pavla Hubiczki, który zaprojektował scenografię od a do z. W tym przypadku całość scenografii oddaliśmy w ręce zawodowych plastyków teatralnych, bo ryzyko topornego wykonania przez nas było w tym przypadku zbyt duże. Tak naprawdę to zaawansowanie plastyczne wpływa jaka drogę realizacji wybieramy 


A.D.: Myśląc o tym spektaklu zawsze mam poczucie, że coś jest nie tak z kategoryzacją spektakli i teatr formy dla dorosłych ma kłopot z upowszechnianiem się, a takie spektakle jak ten, przepadają. Co musiało by się stać Twoim zdaniem, żeby taka oferta była bardziej czytelna?

Kamil Katolik: Wydaje mi się, po pierwsze, stworzenia środowiska które tworzy i określa profesję. Czyli tworzy szereg spektakli w zakresie szeroko pojętego lalkarstwa na wysokim poziomie. Należałoby założyć, że wówczas widz zachęcony tego typu teatrem będzie doń chodził regularnie.  Mnie osobiscie bardziej niepokoi fakt że wszystko się unifikuje. Lalkarstwo wykorzystuje bardzo często formę aby podbić treść, albo obnażyć pewne aspekty literackie, aby coś dogłębniej przekazać, wszystko jest po coś, wszystko powinno mieć swój pretekst. Niepokojącą sytuacją jest fakt, że  formy coraz częściej wykorzystywane są skrótowo. Coraz częściej za lalki biorą się osoby które nie maja doświadczenia w tej materii, spłycając znaczenie gestów, ruchów i wyrazu który niesie za sobą animacja lalki czy przedmiotu. Coraz rzadziej dane formy są wyanimowywane.  Oczywiście nie twierdzę,  że animacja to absolut lalkarstwa, twierdzę jednak, że powinna mieć swoje uzasadnienie i sens.  Takich prawideł uczą na wydziałach lalkarskich, i prawidła te, między innymi, określają rzemiosło lalkarza, które tak naprawdę jest mocno marginalizowane. Tak naprawdę nie wiadomo, kto to jest dziś lalkarz. Jaką ma funkcję. Czy to aktor dla dzieci? Czy może dla dorosłych, czy repertuarowy czy offowy, czy taneczny może śpiewak, czy sprowadzić go tylko  do funkcji aktora czy windować do twórcy. Jaki on ten lalkarz miałby być? Teorii jest wiele, wszelakich funkcji które lalkarze spełniają jest jeszcze więcej, a prawda jest taka że wszystko weryfikuje scena i kontakt z publicznością. Ta też ma różne oczekiwania. Są osoby, które szukają czegoś nowego w teatrze lalek, a są osoby które są przyzwyczajone do spektakli charakterystycznych dla lat 60, 70, czy 80 kiedy teatr lalek wyglądał zupełnie inaczej i zupełnie inną funkcję spełniał. Wtedy wychowawczy i pedagogiczny, dziś nie rezygnując z poprzednich funkcji idzie w stronę nowatorskich, odkrywczych, wolnych od ograniczeń  form wypowiedzi.
Ważnym aspektem lalkarstwa jest również samo wyjście do ludzi. Proszę nie zapominać że teatr lalek wywodzi się z jarmarków. Ludzie często spotykali się z tego typu teatrem przypadkowo. To tez wpływało na odbiór. Idea Świętych osiedlowych jest podobna, tez gramy w różnych zaskakujących miejscach, ocieramy się zarówno o gmachy teatrów jak i o ulicę, parki, kopalnie nawet, biblioteki, skwerki uliczne itd. Mówiąc to chcę powiedzieć, że ważnym środkiem dzisiaj jest odnajdywanie się spektakli, a zwłaszcza lalkowych w przestrzeni publicznej. Przez taki kontakt można przyciągnąć wielu widzów, którzy nie mając kontaktu z teatrem, często zainteresowani niecodziennymi „figurkami” przystają na wspólne przejście przez spektakl.

Anna Duda: A jednak na mapie teatrów na Śląsku jesteście wyjątkowym zjawiskiem. Dlaczego takie teatry jak wy i takie prace, jak „Święci osiedlowi” nie są grane częściej?

Kamil Katolik: Pytanie jest złożone. Po pierwsze, mało kto decyduje się na samodzielną  produkcję spektaklu. Po drugie, jeżeli ktoś już się zdecyduje na budowanie, tworzenie spektaklu, obiera również ścieżkę jego realizacji, najczęściej w oparciu o własne doświadczenia. Nieliczna grupa lalkarzy najczęściej związana już z jakimś teatrem, gdzie wolność wypowiedzi  artystycznej poddana jest ostrej obróbce, występuje w pracy z zespołem. Zupełnie inaczej podchodzi się do pracy nad spektaklem jako aktor, zupełnie inaczej jako twórca, ktoś odpowiedzialny za wszystko, zaczynając od krzesła na którym usiądzie widz (czy On będzie wszystko widział? Czy nie będzie za twardo), przez oświetlenie (jak to przewieźć?, jak to podłączyć? Czy nie będzie za ciemno?) po kreację aktorską (jak to prowadzić? jak to zagrać? Mnogość środków i dostępność wszystkiego tak naprawdę utrudnia w wyborze i określeniu formy. Często chciałoby się spróbować wszystkiego przy tworzeniu, i robi się z tego jeden wielki misz masz. Myślę że to jest przyczyna w częstotliwości powstawania a zarazem grania tego typu spektakli. 

A.D.: A jak ty traktujesz tę działalność?

Kamil Katolik: Działalność stowarzyszenia zawsze była działalnością uzupełniającą pracę w  teatrze Dormana (TDZ). W tym sezonie 2015/16 mieliśmy bardzo dużo pracy w teatrze repertuarowym więc w działaniach stowarzyszeniowych musieliśmy zrobić przerwę. Jest to nasz pierwszy sezon gdzie nie złożyliśmy ani jednego wniosku. Działamy od 2008 r., zrealizowaliśmy około 12- 15 projektów najczęściej pozyskując dotację, w tym 3 premiery, myślę, że to dobry bilans. Grając spektakle stowarzyszenia staramy się wypełnić luki w ofertach teatrów. Czy ta działalność się rozwinie, mam szczerą nadzieję że tak, zwłaszcza że mam już kilka kolejnych pomysłów. Stowarzyszenie zostało stworzone poprzez chęć poszerzania własnych doświadczeń teatralnych. Ten twór dał nam taką możliwość.  

A.D.: A dla Ciebie, co jest najważniejsze w tej pracy?

Kamil Katolik: W pracy lalkarza, dla mnie istotnym jest żeby się rozwijać, aby znajdować wyjścia, których nikt nie znajduje, aby się nie cofać, żeby dawać dużo radości i miłości. A pod względem technicznym, że tak powiem, lubię kiedy forma i treść się wzajemnie dopełniają. –   To jeden z czynników który wskazuje wielowymiarowość. Ta znowu daje większe możliwości sceniczne. Lubię, nawet jak gramy dla młodszych dzieci, zawsze staram się przemycić podwójny sens. Dzieci to świetnie wychwytują. Nie lubię infantylizmów w teatrze. Strasznie mnie to drażni! Chyba, że one  po coś są, mają coś na celu, mają funkcję „coś” wywołać. Ale takiego „pitupitu” nie znoszę! Więc nawet, jak pracowaliśmy nad „Panem Kuleczką” dla najmłodszych, staraliśmy się i w tym przypadku, aby treść była dopełnieniem formy. Czasami forma jest dopełnieniem treści, ale tak czy inaczej musi się to przenikać i równoważyć, jak dla mnie. 
Ważnym aspektem pracy lalkarza jest też sfera towarzyska – dobrze jest czuć, że nie trzeba słów aby powiedzieć jak dużo jest jeszcze do zrobienia, jak wiele do skorygowania we wzajemnej współpracy nad spektaklem dajmy na to, ale nad innymi często prozaicznymi czynnościami też. Dobrze jak się współpracuje z kimś, kto chce tworzyć nowe rzeczy, czy wychodzić poza kanon, chociażby repertuarowy.

A. D.: W „Świętych osiedlowych” jesteś właśnie takim demiurgiem, który panuje nad wszystkim. Skąd pomysł na tę adaptację?

Kamil Katolik: Już przy pierwszym czytaniu budowały mi się plany – świat ziemski i boski, a więc musiało się to przenieść na obraz demiurga, który koniec końców i tak ten świat stwarza z prostych narzędzi i elementów.  I tu właśnie jest efekt tego, że tekst dopełnił formę, a forma tekst – w równym stopniu. A co do pomysłu, to tu było inaczej niż zwykle. W tym przypadku początkiem nie była ani forma ani treść. Spektakl wyszedł od tematyki, od osiedla które gdzieś we mnie urosło na tyle, że mogłem w uczciwy sposób o tym opowiedzieć. W momencie, gdy trafiłem na tekst, forma dopełniła całość. Ale sposób wyrazu i sposób wyrazu tekstu był dla mnie od początku czytelny i przekładał się na stwarzanie tych właśnie planów akcji. Ostatnio czytałem artykuł o tym, że Halina Waszkiel napisała książkę na temat lalkowości w tekstach dramatycznych i ten element absolutnie występuje w moich doświadczeniach z tekstem. Te dwa plany były widoczne niemal natychmiast, a potem, wiadomo, praca…

A.D.: Zabawa w teatr?

Kamil Katolik: Mmmmm….ja nie lubię określenia „zabawa w teatrze”. To mnie nie bardzo przekonuje.

A.D.: Czy to jest właśnie ta infantylizacja?

Kamil Katolik: Blisko tej przestrzeni…Po prostu jest to mylne, bo można się bawić na pierwszych pięciu próbach, podczas wymyślania ustalania sprawdzania pewnych koncepcji ale potem trzeba spektakl zrobić i tu zabawa się kończy. Tu wchodzi ciężka robota,  często…nudna to bym przesadził…ale żmudna! To odpowiednie słowo – żmudna, w sensie powtarzania. Trzeba powtórzyć  ileś razy to samo, sprawdzić czy pomysł działa czy nie. To jest pewnego rodzaju trening. Albo się go przeprowadzi, albo się go nie przeprowadzi, ale jak się go nie przeprowadzi to potem jest słaba kondycja i efekt może być różny. Poprzez wydobytą energię osiągamy materię, którą czasem zaskakuje i w ciągu trzech dni mamy efekt, ale to się bardzo rzadko zdarza.

A.D.: Czyli od strony aktora to żmudny trening i rzemiosło, a po stronie widza? Jakie to powinno być doświadczenie? Czy silne użycie formy pobudza w jakiś szczególny sposób?

Kamil Katolik: Ja chciałbym, przede wszystkim – i myślę, że „Święci osiedlowi” mają coś takiego w sobie – żeby spektakl został w człowieku. Żeby on się w ogóle zastanowił: Czy ten spektakl chce coś do mnie powiedzieć? A jeśli ktoś się przy tym jeszcze dobrze bawi, to to jest zwycięstwo. Że nie jest za poważnie, za ciężko, a przy tym ktoś będzie chciał wrócić do tego miejsca jeszcze kilka razy. I nie mówię tu o powrocie do spektaklu, chociaż było by miło, ale żeby wrócić do tego i pomyśleć, że było w tym spektaklu coś takiego..i tu każdy wedle swego bla bla bla wartego zapamiętania. Ja przedstawiam historie, a każdy tworzy własny komentarz do tego. Lubię też teatr, w którym  ktoś mnie prowokuje do myślenia, do użycia wyobraźni, który mnie uruchomienia. Bo w momencie, kiedy zapada bierność w widzu to nic się nie dzieje. Do mnie teatr formy bardziej przemawia, bo to jest coś, nad czym muszę zatrzymać, zastanowić. Dlaczego taki symbol pojawia się na scenie? Dlaczego taki przedmiot użyty? I do mnie to przemawia, dlatego też mówię takim językiem. W teatrze nie lubię dosłowności. Chcę, żeby teatr mnie zajął, a nie był tylko widowiskiem, które obejrzę i odłożę na półkę. Jak już mam kontakt z żywym aktorem to oczekuję, że ten aktor mnie dotknie – przez obraz, słowo, tekst, przez różne środki. Ale ważne, żebym miał, żeby widz miał poczucie, że się spotka „z”– z człowiekiem, z tematem, z problemem. A kiedy mam wszystko wyłożone „kawa na ławę, dosłownie, to później mogę tylko powiedzieć: Było fajnie, albo niefajnie” Więc, jak teatr mnie nie zajmuje to wtedy jest nudno – i nie ma po co go oglądać. 

A.D.: Dziękuję za rozmowę.

***

No więc ja taką kawę mogę pić, bo zajmuje, uruchamia, a przede wszystkim sprawia, że nadal myślę, że „było w tym spektaklu coś takiego…śmiesznego lub poważnego i to było coś wartego zapamiętania”.