Recenzje spektaklu

Rozbić beton świata

Dziennik Teatralny Katowice
22 marca 2012

Adrian Jaworek

On jest wszędzie. Jego formy nas otaczają. W jego objęciach zasypiamy i budzimy się. Nie – nie mam na myśli Boga. Tym razem powyższe stwierdzenia dotyczą Betonu, materiału, z którego jest zbudowany nasz miejski świat. O Bogu będzie później. Nie przez przypadek spektakl nosi tytuł „Święci osiedlowi”. Sacrum pojawia się, ale w wydaniu, które nie jest podobne do wersji biblijnej. Ale po kolei.

Przenikanie


Widownia przeniesiona zostaje na teatralną scenę co sprawia, że od razu wytworza się kameralna atmosfera, a wraz z nią poczucie bliskości sceny. Było ono potrzebne, ponieważ reżyser – Kamil Katolik – zdecydował się przedstawić „Świętych…” w formie teatru lalek-miniaturek. Zbyt duża odległość nie pozwoliłaby dostrzec wszystkich elementów przedstawienia.

Przestrzeń spektaklu składa się z dwóch warstw. W skład zewnętrznej wchodzi widownia, miejsca, w których znajdują się muzycy (perkusista i akordeonista) oraz przestrzeń, w której porusza się aktor. W tej warstwie najistotniejszy jest dźwięk, zarówno ten pochodzący z brzmienia słów, jak i z muzyki. Aktor zaś staje się księdzem głoszącym kazanie w formie mitu.

W centrum warstwy wewnętrznej znajduje się stary akordeon, z którego powstaje, właściwa dla dramatu, scena. W tym instrumencie rozgrywa się akcja „Świętych…” i tam też właśnie widzowie poznają wszystkie postacie oraz ich losy. Obie warstwy łączy wiązka światła z zamontowanych na akordeonie lamp. Dzięki niemu aktor rzuca cień, bliźniaczo podobny do, zbudowanych z kilku metalowych patyczków, lalek.

Dwuwarstwowy układ sceny jest bardzo interesujący i niezwykle dopracowany. Kamil Katolik sprawnie porusza się między tymi planami, rozdziela je i łączy. Dzięki temu pojawia się wrażenie symultaniczności – osiedle, znajdujące się wewnątrz akordeonu, zasypia w chwilach, gdy aktor zaczyna zwracać się bezpośrednio do widowni, a budzi w momencie, w którym sięga po kolejne lalki i opowiada ich historie.

Boski Beton

Osiedle to nie jest – jakby się mogło wydawać – szarą, zwyczajną przestrzenią. Powstało, ponieważ Bóg miał nadmiar Betonu i postanowił nadać mu formę blokowiska. Uczynił to zaraz po tym, jak skończył tworzyć świat, więc to bezimienne, a przez to uniwersalne, osiedle zaczyna nabierać cech mitycznych. Istnieje od początku świata, zatem powinno być w pewien sposób niezwykłe. Tak jednak nie jest. Nie można nazwać rajem na ziemi, bo dzieją się tam rzeczy także niedobre. Jest przestrzenią, w której muszą żyć ludzie, istoty stworzone na obraz Boga Są to postacie nietuzinkowe i wyjątkowe.

Problemem osiedla jest strach przed metafizyką. Zostało ono pozbawione wszelkich Idei, znikło sumienie. To spowodowało, że Bóg musi objawić się jako automat do napojów, aby poruszyć człowieka (historia Eryka). Za tę maszynę posłużyła puszka Coca-Coli. Wykorzystując najbardziej rozpoznawalną markę na świecie reżyser pokazał, że nawet Bóg musi ugiąć się pod jej hegemonią. Jest to także pierwszy sygnał narastającej w spektaklu krytyki współczesnego świata.

Pozostałe historie równie mocno uderzają w teraźniejszość. Historia Eryka udowadnia, że Bóg wcale nie jest najważniejszy, a bez sumienia można żyć, opowieść o Apolonii wyraźnie krytykuje współczesny stosunek do ciała, które stało się zwykłym przedmiotem w wyniku pornografizacji życia codziennego. Na przykładzie Andżeliki została ukazana niszcząca siła obojętności społecznej, tę młodą dziewczynę zniszczyło zło, które wszyscy widzą, a nikt na nie nie reaguje. Ostatnia opowieść dotyczy Jaracza. Mówi ona o niemożliwości pogodzenia się z samym sobą, z własną przeszłością. Receptą jest całkowite wymazanie złych wspomnień, oczywiście po uiszczeniu niewielkiej opłaty.

„Święci osiedlowi” to mit składający się z małych przypowieści, są one ze sobą powiązanie i tworzą spójną historię. Dzięki charyzmatycznej osobowości aktora, Kamila Katolika, widzowie z łatwością wchodzą w zastany świat i bez problemu odnajdują się w zawiłościach i zwrotach fabuły. Nie jest to spektakl, który nagle się rozpada – on składa się w doskonałą całość.

Bójmy się metafizyki!

Skąd bierze się zło na osiedlu? Nie jest przecież z Betonu, on jest tylko niemym świadkiem ludzkich poczynań. Zło pochodzi z nieustającej konsumpcji, dlatego „Świętych osiedlowych” traktuję jako rozbudowaną i trafną krytykę współczesności. Kamil Katolik pokazuje nam, jacy okropni stajemy się, gdy pędzimy przez życie zaślepieni manią nabywania i sprzedawania. Zapominamy o drugim człowieku, traktujemy go jak rzecz i oceniamy jego przydatność w naszym życiu. W momencie, gdy staje się on zbędny to wyrzucamy go na śmietnik pamięci. Jedynie moment zatrzymania, głośne „stop!” przywraca nam ludzką świadomość. W spektaklu tym wykrzyknikiem jest Bóg, a więc pojawia się odwołanie wymiaru metafizycznego, którego aktualnie brakuje. Naszymi kapłanami stali się psychologowie, którzy korzystając z precyzyjnych pytań ustalą, co nam dolega i przepiszą na to, odpowiednie lekarstwo. Bóg stał się zbędny, teraz oparcie znajdujemy w dźwięcznych nazwach leków. Nic dziwnego – jesteśmy zbyt zajęci kupowaniem i sprzedawniem. Całą naszą energię pochłaniają pieniądze. Dlatego wniebowzięcia, pojawiające się w spektaklu, traktuję jako ukazanie możliwości innego życia. Ta brama jest wciąż otwarta, jednak nie możemy czekać na ingerencję sił wyższych. W świecie, którego nie ogranicza nas rama starego akordeonu, liczą się nasze wybory i decyzje, tylko one są w stanie odmienić nasz los. 

Obudźcie się!

Kamil Katolik swoim spektaklem każe rozejrzeć się, a następnie spojrzeć w głąb siebie i skonfrontować się z metafizyką. Udowadnia, że młodzi ludzie nie popierają współczesnej pustki. Jest nadzieja! Po obejrzeniu tego spektaklu ma się ochotę rozbić Beton świata i rozpocząć kolejną rewolucję. Tym razem taką, która przypomni wszystkim o istniejących na świecie Ideach.

SMS do Pana Boga

Dziennik Teatralny

Jak współcześnie wygląda nasza droga do świętości? Jest w ogóle jeszcze możliwa? Czy może Bóg dawno już zapomniał o ludziach maluczkich, zagubionych w labiryntach betonowego świata? A może to po prostu my zapomnieliśmy o nim? Z tematyką współczesnej hagiografii próbują zmierzyć się „Święci osiedlowi”, stworzeni w oparciu o książkę Lidii Amejko, w reżyserii Kamila Katolika.

Co było na samym początku? Na początku był „niebytu beton”, z którego Pan ulepił świat. W jego planie nie wszystko poszło jednak tak, jak trzeba. Na samym dnie „boskiej betoniarki” zostało bowiem trochę materiału całkowicie już niepotrzebnego. Zostawić go nie sposób, bo, gdy zastygnie, cały świat zatrzyma się razem z nim. Doczepić gdzieś na siłę także nie można, wszak dzieło stworzenia jest już ukończone i całkowicie kompletne. W końcu Pan w przypływie desperacji – chyłkiem, jak małe dziecko, tak aby nikt nie widział – zrzucił owe resztki gdzieś na końcu świata, „nie mając żadnej idei, formy ani sensu”. Tak właśnie powstało Osiedle, o którym opowiada spektakl Katolika.

Zupełnie zapomniane, zanurzone gdzieś w niebycie, jednocześnie jest osiedlem, jakich tysiące. Całkowicie przeciętne, stanowi raczej model labiryntu bloków, niż jego konkretną realizację. Nie ma tu żadnego miejsca charakterystycznego, żadnej unikalnej nazwy, żadnego punktu zaczepienia, który pozwoliłby na wyodrębnienie Osiedla z szeregu innych ogromnych blokowisk. W tej surrealistycznej wizji nie tylko czas zdaje się nie mieć żadnego znaczenia, także przestrzeń pełna jest zakrzywień i rys – okolica, podobno na wypadek wojny, skonstruowana jest tak, aby obcy jak najdłużej błądzili po labiryncie bloków, nie mogąc trafić pod właściwy adres. I to właśnie w tym betonowym getcie rozegrają się cztery historie pełne metafizyki i cudów.

Zaskakująca i niezwykła jest przede wszystkim sama strona formalna tego spektaklu. „Święci osiedlowi” to istny teatr rupieci, jakim mógłby się zachwycić sam Białoszewski. Scenę, która swoim kształtem nawiązuje do średniowiecznego retablo, tworzy tutaj stary, „wybebeszony” akordeon. W jego wnętrzu pojawiają się kratki wentylacyjne imitujące bloki, lampki choinkowe, słoiki, puszki, dziwaczny podkurzacz, wypuszczający dym ze swojego wnętrza… i oczywiście lalki. Te wykonane z drutu surowe i schematyczne kształty człowieka zdają się być ucieleśnieniem kafkowskiego jedermana. Całości dopełnia nostalgiczna „muzyka ulicy”, grana na akordeonie przez Karola Kojkoła. 

Oczywiście nie bez znaczenia jest także miejsce, w którym rozgrywa się całe przedstawienie. Obecnie sztuka teatralna coraz częściej wychodzi poza gmachy teatru, nie zawsze jednak ta nowa sceneria współgra z wymową samego spektaklu. W tym wypadku wybór kopalnianych podziemi wydaję się w pełni uzasadniony. Surowe, mroczne korytarze „Sztygarki” nie tylko wzbogacają sens sztuki, ale także sprawiają, że w pewien sposób zaczyna się ona już wcześniej, jeszcze przed podniesieniem kurtyny. Podziemna wędrówka na „miejsce docelowe” staje się częścią spektaklu, jest docieraniem do Osiedla, które w końcu istnieje wyrzucone poza obręb normalnego świata (nastrój psuły tutaj trochę wstępne uwagi z zakresu BHP, ale rozumiem, że były one po prostu konieczne). Wybór akurat tego miejsca ma jeszcze jeden ciekawy wydźwięk. Oto w epilogu „Świętych osiedlowych” narrator wyjawia swoje podejrzenia, że Osiedle ma zostać przeniesione do muzeum, na co Karol Kojkoł odpowiada (jest to jedyna jego kwestia mówiona), że to nieprawda, bo już od dawna tam jesteśmy. I faktycznie, niepokojąca przepowiednia sprawdza się w stu procentach, bo przecież wszyscy razem siedzimy w Muzeum Miejskim „Sztygarka”. 

Scenografia idealnie współgra nie tylko z ogólną koncepcją osiedla wykreowanego z resztek boskiego surowca, ale także z historiami poszczególnych postaci. Bo bohaterowie „Świętych osiedlowych” to w gruncie rzeczy margines społeczeństwa, odrzutki, felerne egzemplarze, których egzystencja pozbawiona jest większego sensu. Eryk, osiedlowy paker, wyzbyty z sumienia. Apollonia – bezpłodna prostytutka. Andżelika, młoda dziewczynka, molestowana przez ojca. I Jaracz – narkoman, który używkami zabija złe wspomnienia. Z czasem jednak okazuje się, że w każdym z nich tkwi głęboko skrywana… świętość.

Jednym droga do nieba przychodzi całkiem łatwo, jak Andżelice, która, chociaż tak srodze doświadczana przez życie, zachowała łagodność i cierpliwość godną Hioba. A z innymi musiał się Pan mocno namęczyć, aby na tę słuszną ścieżkę wreszcie wstąpili. Tak było chociażby z Erykiem. Wiadomo, że Bóg najchętniej przemawia do ludzkiego sumienia. Tylko że – jako powszechnie na Osiedlu wiadomo – akurat tego atrybutu lokalny macho był trwale pozbawiony. Ale i na niego, po wielu próbach, Stwórca znalazł sposób i nawrócił Eryka za pomocą… automatu do napojów. Bo Bóg w tym spektaklu nie ma groźnego oblicza starotestamentowego Jahwe, lecz jest na wskroś nowoczesny i szczerze zainteresowany losem swoich podopiecznych. 

Podobnie sam spektakl – wbrew temu, co mogłaby sugerować jego tematyka – pozbawiony jest patosu i rozdmuchanych morałów. Wręcz przeciwnie. To opowieść pełna humoru i groteski, nie cofająca się przed parodiowaniem zarówno stylu biblijnego, jak i odwołaniami do zepsutego świata współczesnych. Jak podkreślają sami realizatorzy, „Święci osiedlowi” mają być próbą połączenia średniowiecznego moralitetu z obrazem dzisiejszej cywilizacji. Co wyszło z takiego zestawienia? Niewątpliwie spektakl oryginalny i… dziwny, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Dzięki zabawie tak różnorodnymi konwencjami poszczególne elementy sztuki zyskują dodatkowy wymiar. Tryptyk akordeonu swoją konstrukcją przewrotnie przywodzi tutaj na myśl bożonarodzeniową szopkę. Tym samym zawiązuje się nić powiązań, pomiędzy przyjściem na świat Jezusa – największego w końcu ze świętych – a narodzinami świętości w każdym z bohaterów. Bo, chociaż różnymi metodami, ze wszystkich jednak udało się ją wydobyć. Dla Andżeliki drogą do nieba stała się pokora, z jaką znosiła cierpienie. W Apollonii dobro tkwiło od dawna, tylko źle ukierunkowane. Eryk musiał przejść burzliwą i bolesną przemianę, jak przystało na zagorzałego grzesznika. Natomiast wniebowstąpienie Jaracza nosi w sobie coś z nirwany, a on sam jawi się prawie jako zbawca ludzkości, egzorcysta, który uwalnia ludzi od demonów z przeszłości.

Sylwetki tej czwórki antybohaterów są praktycznie zaprzeczeniem tradycyjnej wizji świętych. Daleko im wszystkim do uduchowionych zakonników, biczujących się w samoudręczeniu od rana do nocy. Reżyser odziera świętych z całej ich świętości. Strąca ich z niebiańskiego piedestału prosto w szare błoto ludzkiej egzystencji. Ale to właśnie dzięki temu świętość przestaje być wyidealizowanym abstraktem, a staje czymś namacalnym, niemalże na wyciągnięcie ręki. I to chyba właśnie taka, dogłębnie współczesna, hagiografia jest bliższa naszemu sercu. Po obejrzeniu „Świętych osiedlowych” śmiało można stwierdzić, że nie tylko ścieżki Pana są niezbadane, ale i nasza droga do Niego bywa nad wyraz kręta. I nawet w największym bezsensie da się odnaleźć sens. A Bóg? Bóg w tym wszystkim jest po prostu bardzo, bardzo cierpliwy…

Nie jest to oczywiście spektakl, który (przynajmniej  w swoim obecnym kształcie) mógłby  zaistnieć na większej scenie. To raczej przedsięwzięcie z pogranicza artystycznego performance’u, eksperymentu scenicznego czy teatru ulicy. Niemniej jednak i do takiego niszowego – podziemnego – teatru czasami warto zajrzeć.